Autorytet, czyli moja deska ratunku

Autorytet, czyli moja deska ratunku

sad_eyes

Potrzeba autorytetu jest paląca. Ja ją mam – od zawsze. Można to nazywać w różny sposób. Ktoś musi być wzorem. Herosem, którego się podziwia. Ktoś musi być tak wartościowy, że przywraca mi wiarę w to, co chcę robić. Całe życie ich szukam, gdziekolwiek się udaję. Inspiracja, motywacja, kop, power, wzór. Skrzydła, siła, sens. Dążenie do lepszej, pewniejszej, spokojniejszej wersji siebie.

Pokolenie „antyautorytetowe”?

Podobno współczesna młodzież, kimkolwiek ona jest, nie szuka autorytetów. Zbuntowane pokolenie facebooka, „Warsaw Shore”” i „Pamiętników z wakacji” jest tak ogłupiałe, że nic nie ma na nie wpływu. Mogłabym w to uwierzyć, ale ostatnio Michał Nalewski, obecnie redaktor jednego z czołowych polskich wydawnictw, zamieścił na swoim profilu doświadczenie, które dało nadzieję. 1 maja napisał:

Wypuszczam dziś w świat dziesiąty rocznik maturzystów. Spotykaliśmy się przez ostatni rok. Przychodzili w każdą niedzielę. To miały być lekcje do matury. I były. A ja siedziałem na korkach z ich świata.
Co roku coraz bardziej inni. Inaczej kochają, buntują się i marzą. Mają dużo bliżej do obojętności. Więcej ich na zewnątrz. Mniej w środku. Wszystko na już albo wcale. Głęboko osadzeni w swojej pewności. Zadają na koniec pytania na które nie ma jasnych odpowiedzi. Zapalczywie młodzi.
We wrześniu przyjdą następni. A ja znowu będę nieprzygotowany. Bo nawet nie próbuję przewidzieć, co będą mieli mi do opowiedzenia.

No jasne, że tak. Oni też myślą. I przyda im się wzór. Ktoś fajny, niezależny, ktoś dostosowany do ich czasów. Myślę, że potrzebują wzoru tak rozpaczliwie i boleśnie, jak każde inne pokolenie. O Jezu, każdy chce być rozumiany. Każdy chce poczuć bezpieczeństwo przy swoim mentorze.

Chcesz być autorytetem, to nadążaj

giphy

Siedzę przy jednym stole z nauczycielką. Żarciki, dyskusja o nowoczesnych mediach. Ona poprawia okulary i poważnieje.

– Jak się ma niby wpływać na młodzież, jeżeli ma się w dupie to, co dla nich ważne?? – pyta. Jej szczere oburzenie wbija mnie w fotel. – Ja mam konto na fejsie, snapchacie, Instagramie i twitterze. I codziennie coś tam wrzucam! Uczę się, żeby wiedzieć, o czym ONI gadają. Żeby ich zaskoczyć. I wiesz co? Żeby uczyć ich nie tylko angielskiego. To ja daję im lekcje, że taki snapchat może być fajny do komunikacji. Nie tylko robienia selfie, ale też przekazywania tego, co ważne.

Nakręca się ewidentnie.

– Ale najlepsi są rodzice. Jak (??????) chcą zrozumieć dzieci, skoro nie potrafią włączyć komputera? Bycie mobilnym, bycie na czasie – to też droga do zrozumienia.

No jasne. Ona jest dla swoich dzieciaków autorytetem. Czują się przy niej ważni. Widzą, że ona ogarnia wszystko w lot. Jej wiedza jest na wagę złota.

Mentor, który daje możliwości

Wykładowca na uczelni. Kierunek: dziennikarstwo. Jak dla mnie, ciężka sprawa. Żeby być dziennikarzem, dobrym i prawdziwym w tym naszym cudnym świecie, trzeba mieć mnóstwo siły, przekopać się przez wielkie góry informacji i napisać dużo. Bardzo dużo.

313117642

Nie da rady bez autorytetu.

Ale komu się chce?

Czas, czas, czas. Pieniądz. Po zajęciach, drzwi sali wykładowej się zamykają i trzeba samemu się ogarniać.

On robi inaczej. Każe im MYŚLEĆ.

Rzuca wyzwania.

– Dzisiaj na zajęciach mają rozejść się po uczelni i wrócić do mnie z trzema cholernie dobrymi tematami.

Wracają. Czują, że nie mogą dać plamy, bo będzie wstyd.

Na początku roku akademickiego skarżył mi się:

– Zero reakcji i interakcji. Siedzą jak na kazaniu. Nie chcą się angażować.

Pod koniec roku mówi o nich:

– Jadę do moich dzieciaków.

Zaproponował im założenie portalu.

– Pojęcia nie masz, co się działo, gdy o tym powiedziałem. Oni chcą mieć przestrzeń do publikowania. Miejsce, gdzie ktoś ich dostrzeże, gdzie ich słowo będzie miało wartość. Chcą robić coś razem, ale na własne nazwisko.

On nie pozwala im TYLKO pisać. Mają kręcić materiały. Występować przed kamerą. Szukać, węszyć, dociekać, przełamywać. Mają przynosić jedynie dobre treści, nigdy nie pozwalać sobie na łatwiznę i słabą jakość. FIRMUJĄ TO SWOIM NAZWISKIEM.

On jest ich herosem. Mistrzem i mentorem. Pójdą za nim, gdzie tylko zechce, bo mu zaufali.

Mój heros dał mi kopa!

Przyjeżdżam z wizytą na Śląsk. Majka mówi z uznaniem:

– Wchodzę na fejsa, a tam wielka reaktywacja twoich blogów! „Co się dzieje?”– myślę. Danka nagle pisze, posty zamieszcza, WOW!

No właśnie. „Efekt WOW” nie pojawił się znikąd. Mój autorytet, jak wielka, pulsująca energią elektrownia, daje mi takiego kopa, że szok. Wydawało mi się, że nie mam siły na pisanie, a tu proszę. Autorytet pokazuje mi, że warto pracować na własną markę. Budować swoją wartość, to zawsze jest cenne. I zaowocuje, wcześniej czy później.

Można mieć przestoje, zastoje, pauzy. Ale kiedy ktoś daje przykład, znika marazm, a na jego miejsce wchodzi potrzeba działania.

Autorytet, czyli… nie ja!

Bycie autorytetem, eh. Psycholożka ostatnio zasugerowała, że może chciałabym się stawiać w takim świetle?

Może tak. A jednak, jak przychodzi co do czego, wolę się wycofać z tej roli.

Bo autorytetem trzeba umieć być. Konieczna jest pewność, że ten nasz wzór, dorobek, plon, wart jest naśladowania. Trzeba wierzyć, że przykład będzie na pewno dobry.

Piszą do mnie ludzie zmagający się z nadwagą. Chcą, abym była ich herosem odchudzania. Pragną moich rad, chcą podążać wytyczoną przeze mnie ścieżką.

Łagodnie mówię: nie. Wiele mogę opowiedzieć, ale w tym, co mi się udało nie jestem wielka. Chyba lepiej poczułabym się, jako autorytet w swoim zawodzie, albo czymkolwiek innym.

I wolę, tak po prostu, by moje autorytety zawsze nimi były.