Tanie porno, które wykarmi najlepszych (?)

Tanie porno, które wykarmi najlepszych (?)

Uprzedzam: ten tekst nie jest recenzją książek Blanki Lipińskiej. Nie jest też oceną samej autorki. To raczej rozmyślanie o zjawisku, które dzieje się na moich oczach i dotyczy mnie, zarówno jako czytelnika, jak i osobę piszącą.

Blanka Lipińska napisała książkę. „365 dni” to literatura pornograficzna – nic nowego na rynku, takie powieści ukazują się od pokoleń. Pamiętam, że w mojej rodzimej bibliotece książki porno trzymano w biurze, a więc nie były dostępne dla każdego. Zakładam, że trzeba było o nie poprosić.

Kilka lat wcześniej „50 twarzy Greya” sprawiło, że wstydliwa, wzgardzona, a równocześnie słabiej dostępna proza, stała się nagle hitem i przestała być tematem tabu. Wylało się wiele hejtu, krytycy dwoili się i troili, by pokazać, jak bardzo słaby i smutny to trend, ale… nie udało się. Wręcz przeciwnie – obecnie niemal każde wydawnictwo ma w swojej ofercie prozę erotyczną. I już.

Ranking LubimyCzytać mówi sam za siebie.

Blanka Lipińska stała się jednak czymś więcej. To fenomen pod wieloma względami. Po pierwsze: autorka utożsamia się z fabułą. Stała się twarzą swoich powieści i otwarcie mówi o swojej seksualności. Po drugie: jest bardzo obecna w mediach. Czytelnicy mają ją na wyciągnięcie ręki i to podsyca atmosferę. Dziewczyna pisze TAKIE RZECZY i jeszcze potwierdza, że sama ich próbowała! To musi budzić emocje.

I co dalej? Dalej jest tak, że na Blankę Lipińską spada grad zażartej, często nienawistnej krytyki. Zasłużonej: jej książki są słabe stylistycznie i fabularnie. Blanka nie powinna pisać, ale to robi i na dodatek świetnie się sprzedaje. W jej ślady poszło już kilka innych dziewczyn, które stukają tipsami w klawiaturę i… o dziwo, również mają się nieźle.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Blanka Lipinska (@blanka_lipinska)


Po co więc to całe rozważanie? Dużo o tym rozmyślam, bo przecież sama piszę. I daleko mi do pozycji Blanki Lipińskiej, której książki zostaną najprawdopodobniej zekranizowane. Pytam siebie: to po co w ogóle pisać? Po co wkładać wartość w literaturę, skoro czytelnicy wolą sterczące kutasy w każdym akapicie? Pozostawię to bez odpowiedzi.

Kiedy jednak przełknęłam gorycz (i nic więcej!), spojrzałam na sprawę z drugiej strony: przecież Blanka Lipińska to nic innego, jak biznes. I to całkiem udany, bardzo potrzebny dla branży, by mogła przetrwać i się rozwijać. Tak, Blanka Lipińska i każda inna autorka, która sprzedaje kilkanaście, a może kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, to dla wydawcy ratunek.

W wydawnictwach pracuje zazwyczaj kilka osób. Czasem kilkanaście. Każdy pobiera wypłatę, a więc mamy już miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy kosztów – faktur i rachunków do opłacenia, których jak na złość, nie chcą pokryć przychody z dobrych książek.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Blanka Lipinska (@blanka_lipinska)

Przygotowanie książki, druk i dystrybucja każdej książki to olbrzymi koszt – ponownie od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. A gdzie zarobek? Niestety, pojawia się rzadko. Czasem tylko kilka premier w ciągu roku przynosi na tyle duże zyski, by wydawnictwo mogło je uznać za prawdziwy sukces – cała reszta to marne profity, a nierzadko – strata. Być może więc Blanka Lipińska, reprezentująca bardzo słabą literaturę jest jednak bardzo potrzebna? Być może to właśnie ona, przynosząc realne zyski, pozwala wydać również coś innego, na wyższym poziomie? Być może to ona staje się wypłatą dla pracowników?

Oczywiście można zadawać wiele innych pytań: dlaczego chcemy kupować i czytać coś tak żenującego? Hm, być może po to, by móc coś skrytykować, bo sprawia nam to wielką frajdę? A może dlatego, że erotyczne bajki to po prostu coś, czego podświadomie pragniemy? A może w dobie Warsaw Shore i Trudnych Spraw nasz gust się mocno stępił? Obniżyliśmy standardy, bo życie jest bardzo trudne i niepotrzebna nam trudna literatura?

Nie wiem, ale wydaje mi się, że dużo w czytelnikach hipokryzji. Z jednej strony: wszyscy śmieją się z Blanki Lipińskiej, z drugiej: wszyscy ją czytają. Oczywiście każdy ma prawo do wyrażania opinii. Jednak najbardziej topowa autorka w Polsce jest równocześnie najbardziej wyszydzaną – dla mnie to paradoks i fenomen. I ważne, godne uwagi zjawisko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *