Wszyscy moi poloniści

Wszyscy moi poloniści

Miałam w życiu szczęście do polonistów. Trafiałam na nauczycieli, którzy robili coś więcej, którzy naprawdę chcieli zarazić mnie pasją do literatury. W gimnazjum prowadziliśmy gazetkę szkolną. Nauczycielka, pani Walentyna, podsuwała mi ciekawe książki. Ba, pożyczała mi je do domu! To od niej dostawałam Sapkowskiego i Kinga, których nie mogłam znaleźć w bibliotece.

Kiedy szukałam inspiracji do matury ustnej, podesłała mi swoje propozycje. I, przysięgam, to właśnie te książki wryły mi się w mózg i serce. Poleciła mi Lolitę. Lot nad kukułczym gniazdem. Władcę much. Buszującego w zbożu. Mechaniczną pomarańczę. Te książki ciągle ze mną są. Pamiętam ich fabułę, klimat, ale przede wszystkim – uczucie, jakie towarzyszyło mi w trakcie lektury.

W ten sposób ukształtowała się moja czytelnicza droga. W liceum także mieliśmy zajęcia dodatkowe. Omawialiśmy książki spoza kanonu, w wąskim gronie osób, które naprawdę interesowały się literaturą. Czułam się wspaniale, bo jako słaba uczennica, przynosząca raczej oceny dostateczne, na polskim naprawdę błyszczałam.

Moi poloniści mieli na mnie wpływ. Czułam bratnią duszę w osobach, które tak jak ja, kochały książki, pisanie, język. Miałam piątkę z polskiego – nie za ładne oczy, ale za wiedzę i chęć nauki.

Czy studiowałam filologię polską właśnie z ich powodu? Tak i nie, przyczyn było wiele, ale przez całe studia, pamiętałam to, co przeczytałam w szkole podstawowej i średniej. Być może żadna książka nie zrobiła na mnie później równie wielkiego wrażenia.

W gimnazjum i szkole średniej pisałam, jak szalona. Opowiadania, wiersze, teksty. Napędzało mnie czytanie. I fakt, że ktoś mną kieruje. Pomaga dobierać lektury.

Nie wszystkich nauczycieli, jakich spotkałam na swojej drodze, pamiętam bardzo dobrze. Za to polonistów jak najbardziej. Kojarzę ich również z książkami, które przeczytałam, gdy razem pracowaliśmy na lekcjach.
Życzę im, by zarabiali krocie, bo nikt nie zrozumie, jak trudna to praca, skoro nie miał okazji stanąć przed klasą.

Znam ludzi, którzy za samo siedzenie w biurze zarabiają dwa razy tyle, co nauczyciele. Sęk w tym, że decydując się na zawód nauczyciela, zamyka się droga awansów i negocjacji. Tam ścieżka jest klarowna i wytyczona. Skoro komuś „nie pasuje”, może oczywiście wybrać inny zawód. A co, jeżeli w ten sposób jakiś genialny nauczyciel, który zmieni na lepsze życie wielu uczniów, minie się z przeznaczeniem? Jeżeli go zabraknie?

Oby nie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *